
What the fck - blog Ani OssowskiejWhat the fck - blog Ani Ossowskiej | 2009-12-15 08:11:28
Nie przepadam za Świętami. Pewnie brzmi to strasznie, ale te wszystkie super ekstra świąteczne special edition wszystkiego co możliwe, tłumy ludzi w centrach handlowych, durne smsy z pytaniami czy chcę jingle bells jako muzykę na czekanie w telefonie i Last Christmas grane co 15 minut przez każdą stację radiową. A w wielu domach jeszcze tzw. terror przedświąteczny, czyli mycie wszystkiego prawie szczoteczką do zębów, narzekanie na brak pomocy ze strony wszystkich domowników, frustracja i pretensje, a na końcu maksymalne zmęczenie, ale są święta, więc zamaskowane przyklejonym uśmiechem. Znacie to skądś?
Czy tego czasu nie można spędzić inaczej, czy to nie powinien być moment wglądu w siebie, spędzenia czasu w gronie ludzi, na których nam zależy i radości. Czy naprawdę najważniejsze jest, żeby wszystko było maksymalnie wypucowane, czy musi być tyle jedzenia, że wszyscy mają go w pewnym momencie dosyć, czy sklepy są otwarte tylko w okresie świątecznym? Niektórzy naprawdę zachowują się jakby to był jedyny moment w roku kiedy się sprząta, jedyny kiedy można jeść i jedyny kiedy można robić zakupy. Może ja coś przegapiłam, ale wydaje mi się, że wszystkie te czynności są dozwolone całym rokiem. Niektóre nawet zdarza mi się praktykować. Pewnie to o czym piszę niektórzy nazwą tradycją, ja wciąż szukam na to jakiegoś słowa. Wiem też, że są jeszcze miejsca, w których nie wszyscy powariowali i te osoby niekoniecznie muszą rozumieć mnie i zjawiska o których piszę, na szczęście.
W związku z tym życzę wszystkim w tym czasie czasu i chęci do prawdziwego spotkania z samym sobą i osobami nam bliskimi i cieszenia się tym czasem, tak po prostu i nieuzależniania swojego i innych samopoczucia od wypastowanej bądź nie podłogi albo ilości dań na stole.
What the fck - blog Ani Ossowskiej | 2009-12-01 20:41:15
Tatuś zawsze mi powtarzał, że lepiej płakać w mercedesie niż pekaesie. W moim przypadku na razie łatwiej o płacz niż o tego mercedesa, ale od czegoś trzeba zacząć.
Konsumpcjonizm. Kolejne super trendy słowo, którym tłumaczy się agresję, prostytucję, brak czasu rodziców dla dzieci, brak czasu dorosłych dzieci dla rodziców, rozpadające się związki, niski przyrost naturalny i parę innych kataklizmów współczesności. Bo przecież trzeba zarobić i się dorobić, a czasami niestety i narobić, w końcu nie wszyscy mogą być agentami CBA (patrz: mój przedostatni wpis). I w tym miejscu następuje zazwyczaj wywód o tym jak to zgubiliśmy wartości, nie wiemy co to prawdziwa odpowiedzialność, bo późno zakładamy rodziny i ile to my tracimy żyjąc w ten sposób. I nawet mogłabym się z tym zgodzić, gdyby nie mały problem. Kto nas uczył tych wartości i tego co ważne. Nie żyjemy na pustyni. Wiem, że zaraz się okaże, że wszyscy dookoła: telewizja, reklama, internet. Owszem, tylko, że primo za tymi zjawiskami też stoją ludzie a secundo największy wpływ na ludzi mają zawsze inni ludzie, szczególnie najbliżsi, którzy stają się mimowolnymi prototypami pewnych zachowań. To właśnie najbliżsi bardzo często uczą nas takich mądrości życiowych, a później się dziwią, że żyjemy według tych wskazówek.
Teraz powinna nastąpić jakaś puenta, morał, ale chwilowo kaznodziejska strona mojej natury ma urlop. I chyba dobrze. Bo jeśli chodzi o łatwe rozwiązania to również w tej dziedzinie panuje kryzys.
What the fck - blog Ani Ossowskiej | 2009-11-14 14:16:12
Uwielbiam 21 wieczne wynalazki. Światło już mamy, telewizję i internet też, więc teraz przyszedł czas na coraz większe wyrafinowanie. Na przykład wirtualny cmentarz. Jeśli ktoś teraz pomyślał, że to moja idee fixe to wyjaśniam, że wyobraźnię mam dużo skromniejszą. Otóż coś takiego już istnieje i jest koronnym dowodem na to, że myśl ludzka nie zna granic, a mózg to najbardziej przerażający ludzki organ, bo kto wie co jeszcze będzie w stanie wymyślić.
Twórcy wirtualnego cmentarza tłumaczą, że takie miejsce w internecie pozwala na bardziej osobiste wyrażenie swojego żalu, brzmi ciekawie, tylko, że ja dalej nie do końca rozumiem o co chodzi. A jak nie wiadomo o co kaman to i tak wiadomo. Za wpis na wirtualnym cmentarzu zapłacimy 20 złotych, za postawienie świeczki lub pozostawienie kwiatów 9 złotych za miesiąc. Można również wybrać miejsce pochówku, Nowy Jork albo Kilimandżaro czekają na nas... nawet po śmierci, za drobną opłatą 300 złotych.
Szczerze wątpię czy zjawisko to rozprzestrzeni się na szerszą skalę. Chyba, że do gry wejdzie pokolenie "stałe łącze", wtedy kto wie. Wyobraźcie sobie ile korków byłoby mniej 1-go listopada.
Można być otwartym na nowości, ale niektórych spraw nie załatwi się raczej przez internet. Czasem trzeba trochę refleksji, a o to bywa trudno siedząc przed ekranem komputera i będąc pomiędzy czytaniem mejli a robieniem zakupów na allegro.
Chyba nie ze wszystkiego można robić biznes. Albo inaczej można, pytanie tylko czy powinno być można.
What the fck - blog Ani Ossowskiej | 2009-10-26 16:39:23
Chyba znalazłam właśnie pracę marzeń i pracodawcę idealnego. Apartament, porsche razy dwa, najdroższe ubrania, harley i brak limitu na wydatki, a jedynym obowiązkiem jest bywać gdzie się da, zaprzyjaźniać się i podrywać. Czasem jeszcze jakiś raporcik skrobnąć. Zdecydowanie ciężka i odpowiedzialna praca, nie ma więc nic nienormalnego w tym, że za takie wynagrodzenie. Aż dziwne, że niektórzy takie rzeczy, może oprócz tych raporcików, robią za darmo. Ale rozumiem, że jak już się zaprzedać pracy, to chociaż luksusowo.
Osobiście proponuję pójść dalej i na przykład przebojem mógłby być specjalny program szkoleniowy pod roboczym tytułem "od przedszkola do CBA". Już widzę te tłumy chętnych maluchów zaciągnięte przez rodziców, którzy chcą ułatwić życie swoim pociechom. Następnie "agent w każdej szkole" zamiast mleka i owoców, albo jeszcze lepiej dwóch, tak żeby mogli donosić na siebie nawzajem. To się nazywa ścieżka kariery.
Nie wiem czy powinno istnieć CBA. Nie jestem na tyle kompetentna, żeby rozstrzygać tę kwestię. Wiem jednak, że misją państwową nie powinno być rozsiewanie agentów w nadziei, że prędzej czy później coś znajdą na tego swojego wroga, czytaj obywatela. Zdaje się zresztą, że już to przerabialiśmy i nic dobrego z tego nie wyszło. Co więcej rozsiewa się ich po to, aby to oni namawiali do popełnienia tego przestępstwa. To już naprawdę trąca Orwellem, a morał z jego książek nie jest zbyt wesoły. I tak już jesteśmy krajem o jednym z najniższych wskaźników zaufania społecznego, więc czy trzeba je niszczyć do samego końca. Jak pokazują wszystkie badania, jest to składnik konieczny do przeprowadzania jakichkolwiek reform a także budowy społeczeństwa obywatelskiego, angażującego się w sprawy swojej społeczności i działającego na jej rzecz. Nie sądziłam, że stać nas na luksus niszczenia czegoś czego de facto nie mamy.
Niedługo powstaną koszulki z podobizną "boskiego" Tomka, takie jak z Marilyn czy Nirvaną, w końcu to też już ikona popkultury w naszym kraju. Kilka dni temu ktoś przesłał mi kadr z jakiegoś polskiego serialu detektywistycznego z podpisem "jaki kraj, takie CSI". Ja dodam: jaki kraj, taki też James Bond.
What the fck - blog Ani Ossowskiej | 2009-10-12 17:27:54
Miało być inaczej a wyszło jak zwykle. Tak najkrócej potrafię posumować ostatnie afery polityczne. Jednocześnie nie potrafię ukryć swojego rozczarowania. Czy jesteśmy skazani na taki political stajl a może dla niektórych to wręcz lajfstajl? Czy w związku z tym, że raczej oryginalne tsunami nam nie grozi to jakaś siła wyższa postanowiła zafundować nam polityczne, w ramach wyrównywania szans i bilansu energetycznego? A może coś jest w naszej wodzie i jedzeniu, że takie homo politicusy nam tu wyrastają?
Czuję się zagubiona i zła, nie widzę nikogo na kogo mogłabym oddać swój głos i nie rozumiem dlaczego ci, którzy go mieli kompletnie tego nie poszanowali. Czy naprawdę tak ciężko spełnić podstawowe standardy, ja nie chciałam tych wszystkich obiecywanych cudów tylko trochę normalności. Tyle by mi starczyło, ale widocznie normalność jest przereklamowana. Panem et circenses, czyli chleba i igrzysk, jak głosi stara łacińska sentencja, tego podobno lud wymaga. Skoro o to pierwsze trudno to chociaż to drugie mamy gwarantowane i w nadmiarze. Tylko dlaczego są kraje, w których ministrowie tracą swoje posady, bo zapłacili służbową kartą za pampersy dla swojego dziecka (kilka lat temu taki przypadek miał miejsce w Szwecji)? U nas można już było jeździć służbowymi autami po całym mieście w czasie po pracy, zamawiać hamburgery z podwózką do pociągu u policjantów, kupować głosy poselskie, oskarżać wszystkich i o wszystko bez dowodów, a nawet kupić sobie ustawę, bomba, w sam raz do postawienia na kominku i można by tak wymieniać bez końca.
Zadam pytanie, na które naprawdę nie znam odpowiedzi: czy na świecznik pchają się ludzie już bez moralności czy dopiero jak tam dotrą to ją tracą? O to mogłabym na przykład zapytać pana Zbigniewa Ch., czyli Zbycha po prostu, ale wiarygodność tej odpowiedzi mogłaby być mocno średnia.
Niedługo dzień bez kolejnego aresztowania, wyrzucenia, przesunięcia, odsunięcia będzie możliwy jedynie w marzeniach i to dopiero będzie cud jak się wydarzy w rzeczywistości. Tylko czy o takie cuda tu chodziło?
What the fck - blog Ani Ossowskiej | 2009-10-06 15:40:25
Wszyscy znamy słynnego photoshopa. Może nie każdy już używa, ale słyszeliśmy co nieco lub chociaż widzieliśmy jego owoce. Ludzie lubią ładne przedmioty, ładnych ludzi i w ogóle jak jest ładnie. Ja też lubię, do czego przyznaję się bez bicia. Tylko, że jak widzę zdjęcia kobiet, które wyglądają jakby miały mniej zmarszczek niż moja 16-letnia siostra to jakaś część mnie buntuje się przeciwko takiemu „rozprasowywaniu” rzeczywistości. A obok obowiązkowo wywiad o samoakceptacji, samorealizacji i samoaktualizacji.
Drążąc temat zauważyłam, że zjawisko to zatacza coraz szersze kręgi i dotyczy rzeczywistości nie tylko obrazkowej, ale i mówionej. Na pewno czytaliście te wywiady, w których nasze „gwiazdy” opowiadają o tym jak to cudownie wstawać 5 razy w nocy do nowonarodzonego dziecka albo jak to kolejna miłość je odmłodziła, uleczyła, odmieniła itd.
Dla mnie to też taki photoshop. Rysujemy jakiś obrazek, tylko, że tym razem słowami malujemy pożądaną rzeczywistość. Świetnie, że jest tak pięknie i sielankowo, tylko po co wpędzać w depresję tych, dla których pięciokrotne wstawanie w ciągu nocy to nie jest czysta przyjemność, czyli dla większości ludzi. Skoro się tak akceptujemy to po co zdjęcia, które ujdą co najwyżej na blogu piętnastolatki ( jako przykład sesja Moniki Olejnik i Kayah w Gali)? Zresztą biorąc za materiał źródłowy tę właśnie sesję i wywiad to naprawdę można się zastanowić kto zwariował: ja, bo dla mnie to kompletne dno, gazeta, która to wypuściła, obydwie Panie, że się na to zgodziły czy w ogóle świat? Dlaczego dwie atrakcyjne kobiety, które zapracowały na swoje pozycje i nie były w tym miejscu, w którym są teraz mając lat 20, co więcej żadna 20-latka nie mogłaby być na ich miejscu, opowiadają takie dyrdymały i zgadzają się na sesję, która zwyczajnie je ośmiesza? Nie wiem czy to kwestia próżności czy chwilowej utraty zmysłów, szczególnie wzroku i słuchu. Chciałabym wierzyć, że w przypadku tych Pań, które cenię i szanuję, to miał być żart, ale zdaje się, że do 1 kwietnia to jeszcze daleko.
Wygląda na to, że takie słowo jak „rzeczywistość” w redakcjach to abstrakcja. Sprzedawany nam jest świat, który nie istnieje a my go kupujemy. Nasuwa mi się pytanie: po co wydajemy pieniądze na te kłamstwa? Dajemy przyzwolenie fotoszopizacji, pokazujemy zielone światło, tym samym dając sobie czerwone do deseru i prawdziwej samoakceptacji.
Pozostaje mi więc tylko stanąć przed lustrem, naciągnąć twarz najmocniej jak potrafię i w ten sposób zobaczę jak będę wyglądać za 20 lat, przynajmniej na zdjęciach. A mowę o samoakceptacji też sobie przygotuję i będę powtarzać jak mantrę, a może jeszcze w nią uwierzę.
What the fck - blog Ani Ossowskiej | 2009-09-17 13:53:45
Kiedyś było lepiej. Znacie to powiedzenie? A już na pewno inaczej, spokojniej i mądrzej. Kiedyś słuchało się rocka po prostu, dzisiaj psychodelicznego progresywnego post-rocka (autentyczny facebookowy opis jednego z młodych zespołów). Nagroda specjalna dla kogoś, kto rozszyfruje to w całości. Kiedyś jadło się obiad, a dzisiaj chodzi na lunche, brunche i inne srunche, najlepiej na sushi albo coś o nazwie, której 99 procent populacji nie jest w stanie wymówić poprawnie. Kiedyś kupowało się mieszkanie, dzisiaj to apartamentowce o wdzięcznych nazwach typu la lumiere, villa l'azur, morski house (pisownia autentyczna). Moją ulubioną jest jednak chyba patria (łac.ojczyzna), czy to nie cudowne na pytanie "gdzie mieszkasz" móc odpowiedzieć, że w ojczyźnie. Najlepsze z tego wszystkiego jest chyba to, że ktoś za wymyślanie takich farmazonów bierze pieniądze i to pewnie całkiem niezłe.
W jakimś sensie to tendencje światowe, ma być kreatywnie, oryginalnie, elitarnie, ale czy naprawdę jesteśmy przez to bardziej światowi, bo jak dla mnie to raczej zaściankowi. Kopiujemy nawet kreatywność zamiast tworzyć coś nowego. Oryginalne jest to co niepowtarzalne i unikatowe, a nie za przeproszeniem zerżnięte i tym samym zarżnięte. Wiem, że brzmi to trochę jak gadanie, jak to wspaniale było, jak się kiedyś papier toaletowy zdobywało, a dzisiaj to nawet złoty by nas nie zadowolił, więc spieszę z pomocą i wyjaśniam, że nie o to mi chodzi. Trochę normalności i prostoty chyba by nie zaszkodziło. Zastanawiam się, do czego aspirujemy w ten sposób: do magicznego lepszego świata czy większego zagubienia? A może to jedno i to samo.
What the fck - blog Ani Ossowskiej | 2009-09-13 15:41:19
z dedykacją dla tych, którzy wiedzą, że to dla nich, dobrze, że jesteście
Niedawno wraz z przyjaciółką stwierdziłyśmy, że ludzie są chyba po to, żeby nas zawodzić. Genezy tej myśli już prawie nie pamiętam, bo dosłownie parę chwil później, dotarło do mnie, że większość najpiękniejszych, najwspanialszych, najbardziej wartych zapamiętania chwil zdarzyła się jednak przy współudziale innego czynnika ludzkiego lub wręcz za jego sprawą. I całą konstrukcję myślową szlag trafił.Chciałabym móc stwierdzić inaczej, bo zaprzeczać samej sobie i uświadomić sobie, że nie wszystkie automyśli są genialne to jednak jest przykra sprawa.
Ludzie nas zawodzą, rozczarowują, wkurzają, a czasem jeszcze gorzej. Tylko, że jednocześnie potrafią dostarczyć szeregu niezapomnianych bodźców, które nierzadko przewyższają wszystko co jest in minus. Poza tym spodziewanie się samych miłych doznań jest trochę naiwno-dziecięcym życzeniem. Może to kiepskie porównanie, ale nawet maszyny się psują, a człowiek maszyną jednak nie jest. Czasem i nam zdarza się mieć gorszy dzień, bywamy nieczuli, niemili, opryskliwi, a później sami nie wiemy dlaczego i po co. Oczywiście nie piszę tutaj o patologii, bo taką należy leczyć, tylko raczej o tym, że "człowiekiem jestem i nic co ludzkie nie jest mi obce". Więc może czasem lepiej odpuścić, spróbować zrozumieć zamiast nakręcać spiralę agresji albo tkwić w poczuciu niezrozumienia i osamotnienia.
Dotyk, uśmiech, rozmowa, słowo są tym czego potrzebujemy, za czym tęsknimy, czego pragniemy. Co ciekawe nierzadko dokładnie te same rzeczy nas ranią. Chyba ważne jest po prostu, mówiąc językiem ekonomistów, aby bilans emocjonalny relacji był dodatni. Na szczęście jesteśmy tak cudownie skonstruowanymi zwierzętami, że czasem potrafimy zapominać albo po prostu docenić to co dobre, mimo wszystko.
What the fck - blog Ani Ossowskiej | 2009-09-09 12:12:43
Sezon ogórkowy dobiega końca. Hip hip hurra. Przecież jeszcze miesiąc powtórek i popełnilibyśmy zbiorowe harakiri. Powtórek najczęściej chałowych seriali i wszelkiej maści show zastąpią... nowe odcinki tychże seriali i szołów. Dlatego też proponuję jednak rewizję podejścia do sezonu ogórkowego. Może to jednak wybawienie, którego nie docenialiśmy i na które grzechem jest narzekać. Po co nam kolejny sezon jakiegoś Tańca z gwizdami czy tym podobnych igrzysk? Czy nie starczy nam już pierwszorzędnych trzeciorzędowych gwiazd wylansowanych przypadkiem, niczym błąd losowy. Czy nie mamy dosyć tańców, lodu, śpiewów, cekinów, piórów itd.itp. Czy nie można by już pozostać przy powtórkach i ograniczyć w ten sposób liczbę strat, czyli wyjałowienie naszych mózgów i lansowanie kolejnych kukiełko-wydmuszek. Całoroczny sezon ogórkowy w telewizji, jestem zdecydowanie na tak.
Ktoś kiedyś ładnie powiedział, że jakby małpę posadzić w studio telewizyjnym i nadawać ją w sobotę lub niedzielę o 20 to też by miała oglądalność, bo to taka pora. Ja się pod ta tezą podpisuję, ale wynika to z bardzo prozaicznego powodu, ciężko oglądać ambitne propozycje o 1 w nocy jeśli rano trzeba wstać i przyzwoicie funkcjonować, a na bycie warzywem nie można sobie pozwolić. Widocznie telewizyjni decydenci traktują odbiorców swojego przekazu, zwanych poetycko targetem, jak bandę idiotów, którzy zatrzymali się w rozwoju na poziomie ameby. Więc może zanim następnym razem zaczniemy gapić się bezrefleksyjnie w nasz domowy ołtarz (czyt.telewizor) na coś co akurat leci to zastanówmy się czy warto nabijać kabzę tym, którzy myślą o nas jak o zbiorowisku kretynów, którym można podtykać śpiewające i tańczące małpki, co prawda ładnie ubrane i umalowane, ale w dalszym ciągu małpki. Chyba, że mamy to w nosie, wtedy to my jesteśmy małpkami.
What the fck - blog Ani Ossowskiej | 2009-09-05 18:05:31
Jest takie powiedzenie "uważaj czego pragniesz, bo jeszcze może się spełnić". Nie wiedziałam, że w ludowej mądrości może być tyle... mądrości. Chciałam poważnego tematu, to mam. W sumie to sama nie wiem po co mi to było. Jest tyle tematów, na które nie warto pisać, a są łatwe do pisania, bo nie trzeba za bardzo łepetynki wysilać, a i wielu czytelników jest szczęśliwszych z tego samego powodu. A tak naprawdę nie istnieje zbyt wiele spraw, którymi warto zawracać głowę sobie i innym, a i pisanie i odbiór są już procesami dużo bardziej skomplikowanymi.
To prawda, że powstań to my mamy pod dostatkiem i gdybyśmy chcieli je wszystkie świętować to pewnie dni w roku by zabrakło. Daleka jestem od zakładania ich fanklubu i bicia w fanfary. Tylko, że "Aby człowiek wiedział dokąd idzie, musi wiedzieć skąd przychodzi. Naród bez historii błądzi, jak człowiek bez pamięci". Niezależnie od naszych ocen, niezależnie od tego czy rozumiemy to wydarzenie czy nie to chyba nie ma osoby, która nie czuje czegokolwiek, myśląc czy słuchając o Powstaniu. Wierzę w emocje dużo bardziej niż w rozum. Nie wszystko jest do rozumienia, nie wszystko jest racjonalne, wytłumaczalne, przewidywalne, chociaż pewnie chcielibyśmy wierzyć, że tak właśnie jest. Wiele rzeczy ważnych, może nawet najważniejszych jak miłość czy przyjaźń, próbujemy zrozumieć, rozpracować mechanizmy, znaleźć przyczyny, ale raczej nie do końca się to udaje. Może to tylko sentymentalny shit, ale na mnie jednak działa.
Oglądając migawki z Afryki czy Afganistanu z dziećmi biegającymi z karabinami wiele osób powie: jakie to straszne, okrutne, bezsensowne. Te same osoby wzruszą się pod pomnikiem Małego Powstańca. Tłumaczenie, że my jesteśmy cacy, bo walczyliśmy o wolność, a tamci to barbarzyńcy jakoś do mnie nie trafia, więc nie chodzi mi o to, żeby zostawić racjonalność i myślenie i pozwolić innym mysleć za nas. Ja też pragnę więcej pracy u podstaw, nie tak gwałtownej i wypalającej, za to żmudniejszej i mniej efektownej. W jakimś sensie łatwiej dać sie zabić niż przeżyć swoje życie tak, żeby nie robić krzywdy innym i sobie. Człowiek już na zawsze zostaje bohaterem, a tak trzeba o te swoje bohaterstwo walczyć każdego dnia i to w dużo mniej efektownym otoczeniu. Też mam dosyć wmawiania, że wysyłanie na śmierć 15 czy 20-latków było wyższą koniecznością. Nie chcę kolejnych pokoleń wychowywanych na tej samej bezrefleksyjnej śpiewce. Chcę nauki szacunku dla życia swojego i innych. Nauki, jak je wykorzystać z pożytkiem dla siebie i innych bez konieczności wystawiania się na romantyczną smierć. Bo smierć to raczej mało romantyczna sprawa.