co łączy małpę z sezonem ogórkowym?

What the fck - blog Ani Ossowskiej | 2009-09-09 12:12:43


Sezon ogórkowy dobiega końca. Hip hip hurra. Przecież jeszcze miesiąc powtórek i popełnilibyśmy zbiorowe harakiri. Powtórek najczęściej chałowych seriali i wszelkiej maści show zastąpią... nowe odcinki tychże seriali i szołów. Dlatego też proponuję jednak rewizję podejścia do sezonu ogórkowego. Może to jednak wybawienie, którego nie docenialiśmy i na które grzechem jest narzekać. Po co nam kolejny sezon jakiegoś Tańca z gwizdami czy tym podobnych igrzysk? Czy nie starczy nam już pierwszorzędnych trzeciorzędowych gwiazd wylansowanych przypadkiem, niczym błąd losowy. Czy nie mamy dosyć tańców, lodu, śpiewów, cekinów, piórów itd.itp. Czy nie można by już pozostać przy powtórkach i ograniczyć w ten sposób liczbę strat, czyli wyjałowienie naszych mózgów i lansowanie kolejnych kukiełko-wydmuszek. Całoroczny sezon ogórkowy w telewizji, jestem zdecydowanie na tak.


Ktoś kiedyś ładnie powiedział, że jakby małpę posadzić w studio telewizyjnym i nadawać ją w sobotę lub niedzielę o 20 to też by miała oglądalność, bo to taka pora. Ja się pod ta tezą podpisuję, ale wynika to z bardzo prozaicznego powodu, ciężko oglądać ambitne propozycje o 1 w nocy jeśli rano trzeba wstać i przyzwoicie funkcjonować, a na bycie warzywem nie można sobie pozwolić. Widocznie telewizyjni decydenci traktują odbiorców swojego przekazu, zwanych poetycko targetem, jak bandę idiotów, którzy zatrzymali się w rozwoju na poziomie ameby. Więc może zanim następnym razem zaczniemy gapić się bezrefleksyjnie w nasz domowy ołtarz (czyt.telewizor) na coś co akurat leci to zastanówmy się czy warto nabijać kabzę tym, którzy myślą o nas jak o zbiorowisku kretynów, którym można podtykać śpiewające i tańczące małpki, co prawda ładnie ubrane i umalowane, ale w dalszym ciągu małpki. Chyba, że mamy to w nosie, wtedy to my jesteśmy małpkami.





Rzecz o bohaterstwie

What the fck - blog Ani Ossowskiej | 2009-09-05 18:05:31

Jest takie powiedzenie "uważaj czego pragniesz, bo jeszcze może się spełnić". Nie wiedziałam, że w ludowej mądrości może być tyle... mądrości. Chciałam poważnego tematu, to mam. W sumie to sama nie wiem po co mi to było. Jest tyle tematów, na które nie warto pisać, a są łatwe do pisania, bo nie trzeba za bardzo łepetynki wysilać, a i wielu czytelników jest szczęśliwszych z tego samego powodu. A tak naprawdę nie istnieje zbyt wiele spraw, którymi warto zawracać głowę sobie i innym, a i pisanie i odbiór są już procesami dużo bardziej skomplikowanymi.


To prawda, że powstań to my mamy pod dostatkiem i gdybyśmy chcieli je wszystkie świętować to pewnie dni w roku by zabrakło. Daleka jestem od zakładania ich fanklubu i bicia w fanfary. Tylko, że "Aby człowiek wiedział dokąd idzie, musi wiedzieć skąd przychodzi. Naród bez historii błądzi, jak człowiek bez pamięci". Niezależnie od naszych ocen, niezależnie od tego czy rozumiemy to wydarzenie czy nie to chyba nie ma osoby, która nie czuje czegokolwiek, myśląc czy słuchając o Powstaniu. Wierzę w emocje dużo bardziej niż w rozum. Nie wszystko jest do rozumienia, nie wszystko jest racjonalne, wytłumaczalne, przewidywalne, chociaż pewnie chcielibyśmy wierzyć, że tak właśnie jest. Wiele rzeczy ważnych, może nawet najważniejszych jak miłość czy przyjaźń, próbujemy zrozumieć, rozpracować mechanizmy, znaleźć przyczyny, ale raczej nie do końca się to udaje. Może to tylko sentymentalny shit, ale na mnie jednak działa.


Oglądając migawki z Afryki czy Afganistanu z dziećmi biegającymi z karabinami wiele osób powie: jakie to straszne, okrutne, bezsensowne. Te same osoby wzruszą się pod pomnikiem Małego Powstańca. Tłumaczenie, że my jesteśmy cacy, bo walczyliśmy o wolność, a tamci to barbarzyńcy jakoś do mnie nie trafia, więc nie chodzi mi o to, żeby zostawić racjonalność i myślenie i pozwolić innym mysleć za nas. Ja też pragnę więcej pracy u podstaw, nie tak gwałtownej i wypalającej, za to żmudniejszej i mniej efektownej. W jakimś sensie łatwiej dać sie zabić niż przeżyć swoje życie tak, żeby nie robić krzywdy innym i sobie. Człowiek już na zawsze zostaje bohaterem, a tak trzeba o te swoje bohaterstwo walczyć każdego dnia i to w dużo mniej efektownym otoczeniu. Też mam dosyć wmawiania, że wysyłanie na śmierć 15 czy 20-latków było wyższą koniecznością. Nie chcę kolejnych pokoleń wychowywanych na tej samej bezrefleksyjnej śpiewce. Chcę nauki szacunku dla życia swojego i innych. Nauki, jak je wykorzystać z pożytkiem dla siebie i innych bez konieczności wystawiania się na romantyczną smierć. Bo smierć to raczej mało romantyczna sprawa.




zakupoholizm

Wykopane ze śmietnika - Hieronim Sokulski | 2009-09-04 12:00:13

Polacy mogą z dumą mienić się prawdziwymi, pełnokrwistymi kapitalistami. To jedno nam się udało. O ile budowa społeczeństwa obywatelskiego jest w powijakach, świadomość praw obywatelskich, ekonomicznych i socjalnych oraz egzekwowanie ich przez statystycznego Kowalskiego są zastraszająco niskie, a uczestnictwo w życiu politycznym i społecznym plasuje nasz naród na szarym końcu Unii Europejskiej, to pod względem zamiłowania do zakupów jesteśmy wzorem do naśladowania. Temu hobby narodowemu towarzyszy rzecz jasna stosowny rytuał - na wzór rytuału niedzielnych wyjść na mszę lub do parku. Gustownie ubrane kobiety i eleganccy dżentelmeni, wystrojeni w kreacje niemalże galowe, pachnący, lśniący i widoczni ze znacznej odległości, obwieszeni biżuterią, z koszem pełnym zakupów i torbami z emblematami ekskluzywnych marek, dostojnym krokiem w pozie łabędzia i twarzą francuskiej arystokratki, tudzież angielskiej hrabiny, przemierzają długie korytarze centrów handlowych.


Kult weekendowych przechadzek, którym towarzyszy epatowanie bogactwem jest co najmniej pathetic. Czy tylko na tyle nas stać? Egoizm społeczny jest poważną chorobą współczesnego Polaka, a żądza posiadania i zdobywania cofa nas do etapu jaskiniowca.




33 sceny z urządzania mieszkania

Wykopane ze śmietnika - Hieronim Sokulski | 2009-09-01 10:57:08

Obejrzałem wczoraj intrygujący film o urządzaniu mieszkania. Główny bohater wprowadza się do klimatycznego mieszkania w pięknej dzielnicy dużego polskiego miasta, a następnie przeczesuje galerie handlowe i znany megameblowymarket na literkę I (no product placement). Nie wszystko udaje mu się znaleźć i rezygnuje z dalszych poszukiwań.


Sytuacja staje się dramatyczna - sielanka przeradza się w istny horror. Pewnego wieczora bohater rozgląda się po pokoju i orientuje się, że brakuje mu trzech białych ceramicznych donic (wielkości wiaderka do chłodzenia wina). Z tego powodu bohater literally wyrywa sobie ostatnie włosy z głowy i okolic podbrzusza.


Ale to dopiero początek nerwicy. Gdy po zażyciu sporej dawki środków uspokajających kładzie się do łóżka, okazuje się, że nie ma pościeli (w stylu dość klasycznym, kolory stonowane, osoba ze skłonnością do alergii skórnych). Wtedy wybiega do łazienki, by obmyć twarz zimną wodą. Po drodze potrąca pudło, w którym znajdują się, a raczej znajdowały, kremowe talerze, miski i gustowne filiżanki do kawy. Wtedy doznaje niegroźnego urazu kręgosłupa.


W środku nocy hałas tłukącej się zastawy budzi śpiącą za ścianą sąsiadkę cioci Krysi. Sąsiadka chrząka, zrywa się na równe nogi i biegnie udzielić konającemu bohaterowi pierwszej pomocy. Po chwili oboje ostrożnie siadają na białej, sztruksowej kanapie. Sąsiadka chce przygotować swojemu zmarnowanemu podopiecznemu czarodziejski eliksir, który doda mu sił. Wchodzi do kuchni i ogarnia ją trwoga, bo nie znajduje w szafce blendera, w którym zwykle miksuje świeże owoce z jogurtem. Zdenerwowana sąsiadka postanawia więc szybko przygotować uzdrawiający rosół i w popłochu szuka teflonowego garnka z podwójnym dnem. Uff… udało się! - krzyczy. Unosi ręce w geście zwycięstwa, niechcący zrzucając kilka szklanych słoików z mąką, cukrem i tajemniczym białym proszkiem. Postanawia skosztować ów biały proszek i czuje, jak cudownie mrozi jej dziąsła i podniebienie.


Tymczasem… niczym niewzruszony bohater zasypia. Zwykle budzi go do życia szum radia, ale tym razem stawia go na nogi śpiew ptaków. Skowronki uświadamiają mu, że za pół godziny ma ważne spotkanie z niejakim panem Skowronkiem. 20 minut - tylko tyle czasu zostaje na wyprasowanie koszuli i zjedzenie śniadania. Znajduje deskę do prasowania, ale gdzie jest żelazko? Czyżby zapomniał o tym cudownym urządzeniu?


Oglądając tę wciskającą w fotel scenę zasnąłem i nie wiem, co się dalej działo. Przepraszam.




Fashion victims

Wykopane ze śmietnika - Hieronim Sokulski | 2009-08-19 08:48:40

Pytanie na dziś: kto to są fashion victims (ofiary mody i stylizacji)? Starsza pani w białej mini i kozaczkach może być a) zabawna, b) pathetic i c) ok., jeśli ten strój pasuje do jej osobowości. Nie ma więc jednoznacznej definicji „fashion victims”. Intuicyjnie rozpoznamy „ofiary”, kierując się wskazówkami:


- przerost formy nad treścią,


- ślepe naśladownictwo trendów „magazynowych” (ofiary Vogue’a itp.)


- wtapianie się w tłum ludzi modnych, czyli podążanie za tym, co aktualnie nosi „ulica” (w przypadku Polski jest to szczególnie ryzykowne),


- ideologia – odrealnienie się i wejście w „światek mody”.


Jak dla mnie klasycznym przykładem „fashion victim” jest małżeństwo Beckhamów, prześmiewanych m.in. w serialach komediowych typu „Saturday Night Life Show”. Vicky i David z wrodzoną pretensjonalnością wdzięczą się do „znienawidzonych” paparazzi, robiąc głupie miny (klasyczny dziubek Victorii). Victorię zresztą znamy przede wszystkim z robienia zakupów w markowych butikach – zamyślona mina a'la Proust i torba na ramieniu.


Żebym nie został źle zrozumiany: wielu mądrych i uczonych ludzi nie bagatelizuje tematu „moda”, twierdząc, że to nasz kod kulturowy i ważny aspekt życia. Dlatego można posługiwać się modą jako kluczem do własnej osoby. Garnitur? Casual? Kolory? Opracowanie własnego wizerunku powinno wyjść naturalnie i swobodnie, a wtedy „don’t care what people say” – jak śpiewają rozliczne gwiazdy pop.


Pozdrawiam wzór naturalności czyli Vivienne Westwood…




Ballada o powstaniu

Wykopane ze śmietnika - Hieronim Sokulski | 2009-08-12 22:16:37

Styczniowe, Listopadowe, Czerwcowe, Grudniowe, Wielkopolskie, Małopolskie, Kujawskie i Dolnośląskie. Można by tak w nieskończoność snuć opowieści dziarskich dziadków na temat rdzennie polskiego bohaterstwa. Tymi historiami żywi się niczym pijawka nasza Duma Narodowa. 
Żyjemy tymczasem w 2009 roku i w opowieściach świadków Powstania nie poczujemy tego, co zdarzyło się naprawdę.  
Czy to było pójście na pewną śmierć? Dlaczego w powstaniu brały udział dzieci? Na te pytania trudno udzielić odpowiedzi.
Nie podoba mi się robienie z PW ballady i opowieści przygodowej, bo Powstańcy i ich rodziny przeżyli traumę. Wystarczy spojrzeć okiem turysty na niepełnosprawne miasto, by uświadomić sobie skalę dramatu.
Czy muszę uczestniczyć w tej medialnej bajce o powstaniu i w hiperpoprawności politycznej z udziałem tych, którzy zbijają hiperpoprawny kapitał hiperpolityczny? Chwila ciszy - owszem, ale nie tubalne świętowanie.
Powstanie, powstanie, powstanie. Powstaniem była „Solidarność” 30 i 20 lat temu. „Powstanie” trzeba mieć we krwi na co dzień - powstanie życzliwości, otwartości i poczucia wspólnoty.




O czym pisać nie będziemy

What the fck - blog Ani Ossowskiej | 2009-08-12 21:26:50

Ten tekst zaczęłam pisać jeszcze zanim przeczytałam ostatnie felietony Szymona i Basi, ale co ciekawe wszyscy piszemy o tym samym, tylko każde na swój sposób, od trochę innej strony. Chyba zacznę wierzyć w telepatię. Ja postanowiłam napisać o tym, o czym nie napiszę, właśnie w imię obrony pewnych wartości i prawa do ciszy. Nie chcę sama wychodzić na barykady walki o rzeczy istotne, ale myślę, że nie tylko ja jestem zmęczona rzeczami bez znaczenia. 



W pewnym znanym tygodniku istnieje rubryka pod tytułem "o tym nie piszemy" i pomysł ten stał się dla mnie inspiracją na tyle dużą, że ja też postanowiłam nie pisać o niektórych sprawach, które elektryzowały tzw. opinię publiczną w ostatnich tygodniach. Nie napiszę o KDT, bo chyba szkoda czasu i energii na pisanie i czytanie o ludziach, którzy twierdzą: "dzieci używamy jako żywych tarcz". Postanowiłam też nie pisać o protestach przed koncertem Madonny, bo już chyba ze wszystkiego da się zrobić problem wagi państwowej. Pewnie do niektórych wartości faktycznie nie ma już powrotu, ale czy naprawdę nie mamy kompletnie wpływu na to, w jakim świecie żyjemy? Pozwolę sobie wierzyć, że jednak mamy i nieskromnie liczę, że jest nas więcej. To my jesteśmy konsumentami tej rzeczywistości i nie zdejmujmy z siebie odpowiedzialności za jej kształt.
Co możemy zrobić? Wbrew pozorom całkiem sporo. Wybierajmy świadomie, konsumujmy rzeczy wartościowe, nie marnujmy swojego czasu na sztucznie pompowane spory, rozmawiajmy o rzeczach, które mają znaczenie. Dyskutujmy, ale sie nie przekrzykujmy w imię obrony ciszy  i szacunku jako wartości najwyższej.


Myśl przewodnia tego tekstu powstała jeszcze przed obchodami rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego, ale oglądając relacje upamiętniające to wydarzenie pomyślałam, że nie jest tak źle, bo potrafimy i chcemy jednak rozmawiać o czymś istotnym i jest w nas silna potrzeba ocalenia od zapomnienia pewnych wartości. Nie dajmy sobie wmówić, że mając takie potrzeby jesteśmy w mniejszości.




Cichy tydzień...

Słowo na niedzielę - felieton Barbary Grot | 2009-08-09 17:19:47

Czy jesteś cicha/y czy głośna/y?

Dziś zastanówmy się nad sprawą odgłosów, które nam przeszkadzają i nad tym, kto je wydaje. Czy my sami jesteśmy tymi, którzy zakłócają ciszę? Jaki jest nasz stosunek do zakłócających naszą ciszę?

Zastanów się nad sobą:

Czy spóźniasz się do kina, teatru czy opery i przechodzisz między siedzącymi ludźmi? Czy musisz chrząkać na recitalu fortepianowym? Czy jesz cukierki w teatrze? Czy naciskasz spłuczkę w łazience o 2-giej w nocy? Czy zaczynasz zdania wtrącone od „A ja to …” gdy ktoś inny opowiada Ci swoją historię? Czy musisz mieszkać na ostatnim piętrze, bo nie znosisz odgłosów sąsiadów?

Rzymski filozof Seneka uważał, że głośne zachowanie jest nie tylko wyrazem braku dobrych manier, ale też grubiaństwa i głupoty. A czym człowiek mądrzejszy, tym mniej jest w stanie znieść hałasu.

Proponuję więc powstrzymać się od niepotrzebnego gadania w tym tygodniu, hałasowania i dostarczania innymi wiadomości, o które nas nie prosili. Nie tolerujmy też hałasowania innych, bo nasza wrażliwość na odgłosy jest miarą naszej inteligencji.

Buddyści mają tradycję „silent retreat” czyli „zgrupowań ciszy”, w których przebywają z innymi przez długi czas nic nie mówiąc i dając sobie nawzajem szansę na skupienie, koncentrację i wsłuchanie się w siebie.

Jak powiedział Schopenhauer, będziemy mogli się pochwalić swoją cywilizacją dopiero wtedy, gdy pozbędziemy się prawa do przerywania świadomości myślącego człowieka.

A więc w tym tygodniu ciiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiii…sza!




ś jak śmierć i m jak miernota

Wykopane ze śmietnika - Hieronim Sokulski | 2009-08-01 23:09:02

Śmierć Zbigniewa Zapasiewicza i Leszka Kołakowskiego to pewien symbol świata, który kończy się na naszych oczach. I nie mam na myśli Apokalipsy ani tym podobnych historii, ale autentyczny koniec świata wartości. W tamtym świecie mogliśmy żyć bez komórek i Internetu, delektować się programami misyjnymi w telewizji publicznej, których dziś już praktycznie nie ma. Mogliśmy częściej czytać książki bez obawy o to, że nie starczy nam czasu na pracę. Mogliśmy też chodzić do teatru, w którym bilety były tanie, a aktorzy nie spieszyli się na plan serialu „M jak miernota”.


Być może to tylko moje biadolenie, bo trudno mieć o to wszystko pretensje. Dlatego trzeba ogłosić koniec świata wartości bez zbędnych pretensji i biadolenia. W jednym z ostatnich swoich filmów Zapasiewicz zagrał mężczyznę chorego na raka, który musiał pogodzić się z tą okrutną prawdą. Ostatniej sceny swojego prawdziwego życia już nie musiał grać, bo nawet nie miał wystarczająco dużo czasu, żeby zrozumieć, co się dzieje.



Po odejściu tak znaczących postaci pozostaje pytanie, czy możemy wyciągnąć jakieś wnioski dla siebie. Możemy. Obaj oddali się w całości temu, nad czym pracowali i stworzyli coś genialnego, co wykracza poza ludzkie możliwości. To właśnie przesłanie Kołakowskiego i Zapasiewicza. 




O zdziecinnieniu i kanibalizmie słów kilka

What the fck - blog Ani Ossowskiej | 2009-07-25 12:25:04

Prawie każdy pamięta smaki i zapachy swojego dzieciństwa. I z ich pomocą potrafi odtworzyć obrazy z przeszłości. A jeśli miał szczęście zaznać stanu beztroski, który powinien charakteryzować ten etap naszego życia, to również może znów go poczuć, choć na chwilę. Kiedy nie ma lęków, przeszłości i przyszłości a jest tylko teraźniejszość. Chyba nigdy więcej nie ma nas tak bardzo „tu i teraz”. Chyba nigdy więcej nie ma w nas tyle bezinteresownego zachwytu nad wszystkim czy, jak wolą niektórzy malkontenci, nad niczym. Chyba nigdy więcej już tak bardzo nie ufamy sami sobie i w siebie, a także innym i w innych. Chyba nigdy więcej nie ma w nas już tyle energii, nadziei i wiary jednocześnie.


Niestety z czasem ślepniemy i głuchniemy na widoki, które nas otaczają, na potrzeby własne i innych, na możliwości i szanse do wykorzystania. Powolutku zjadamy kawałki swoich i cudzych serc i jeszcze cieszymy się, że jesteśmy ludożercami. I w ten oto sposób stajemy się podobno dorośli.


Jakiś czas temu popularne stało się określenie kidult, mające charakteryzować osoby dorosłe, które niekoniecznie chcą dorosnąć w powszechnym tego słowa znaczeniu. Socjologowie znaleźli kolejną szufladkę, w którą można coś, a raczej kogoś wrzucić. Media natychmiast podchwyciły temat i powstała definicja kidulta jako zdziecinniałego dorosłego, który myśli tylko o sobie. Nie przeczę zjawisku, ale nie do końca zgadzam się z jego pejoratywnym wartościowaniem. Może to nie jest niechęć przed dorosłością samą w sobie, czyli przed braniem odpowiedzialności za swoje życie. Może to raczej niechęć do niektórych interpretacji tej dorosłości jako wiecznego umartwiania się, wiecznej powagi i niepozwalania sobie na wiele rzeczy, bo przecież nie wypada. Może to chęć cieszenia się życiem i umilania go sobie na ile to możliwe, ponieważ wraz z nabyciem praw wyborczych nie tracimy automatycznie praw do śmiechu i zabawy. Może to niechęć do wtłoczenia się w ramy, które stworzył ktoś inny, a za to chęć do stworzenia swoich własnych. A może to smutny obraz naszych rzeczywistych potrzeb i braku miejsca na ich realizację w dorosłym życiu.


Życie to podobno ciągły wybór pomiędzy bezpieczeństwem a ryzykiem. Dając sobie prawo do przeżywania i postępowania po swojemu ryzykujemy niezrozumienie czy brak akceptacji, ale dajemy sobie szansę na znalezienie składników nam potrzebnych.


Zresztą, jak wiadomo, dzieci potrafią przyswoić dużo więcej i dużo szybciej, więc może to bycie dzieckiem wcale nie jest takie najgorsze, a pozostanie nim to bardzo „dorosła” strategia.









Podyskutuj na forum

Ostatnie wpisy w kategorii trendsetting