Z MIEJSKIEGO BRUDU – Piotr Rogucki, wokalista i aktor
Coma ma sprecyzowany pomysł na siebie i zagospodarowała muzyczną niszę dla ambitniejszych rockowych zespołów. Piotr Rogucki, wokalista o charakterystycznym głosie, jako student drugiego roku krakowskiej szkoły aktorskiej dostał rolę w spektaklu Grzegorza Jarzyny „Zaryzykuj wszystko”. Trudno Roguckiemu było pogodzić karierę muzyczną z kolejnymi występami pod szyldem Teatru Rozmaitości. Musiał się zdecydować na tę pierwszą drogę, zwłaszcza po sukcesie sprzed kilka lat w Konkursie Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu.
Chłopaki z Comy chcą być autentyczni - tacy, jacy byli kilka lat temu, gdy zaczynali grać w Łodzi. Debiutowali na rynku z albumem „Pierwsze wyjście z mroku”, którego producentem był Tomasz Bonarowski, autor sukcesu Myslowitz i Eweliny Flinty.
Przypuszczałeś kilka lat temu, że Twój zespół Coma będzie się tak podobać? Jak wyglądał Wasz początek?
Przed tą przygodą nie tolerowałem muzyki rockowej. Dobrze czułem się w poezji śpiewanej. Udało mi się jednak znalaźć swój sposób na połączenie wagi słowa z energetycznym brzmieniem. To, co wspólnie robimy w Comie to rodzaj manifestu, który traktujemy jako zadanie do wykonania. Mamy coś do przekazania i jeśli to, o czym śpiewamy i jak gramy podoba się publiczności, to możemy tylko czerpać z tego większą siłę. Nie patrzymy na własną działalność w kategorii sukcesu, tworzymy w Łodzi żywy organizm – „ruch comowy”.
Na czym polega ten ruch?
Razem z fanami kręcimy teledyski. Różne nasze działania cechuje spontaniczność i autentyzm. Pochodzimy ze środowiska, w którym istnieje wiele podobnych do nas grup grających w starych, opuszczonych łódzkich fabrykach. Chciałbym, by Coma była wierna swej ideologii i swoim korzeniom. Nie wiem, jak to będzie w przyszłości. Może nam odbije...
Szczere wyznanie. A jaka jest Wasza oferta, czym różnicie się od innych zespołów rockowych?
Nie chcemy nic kombinować, udziwniać na siłę i nie będziemy też śpiewać pod publikę. Nie pojedziemy wystąpić w konkursie Eurowizji i na festiwalu w Sopocie, bo to byłoby dla nas żenujące i oznaczałoby nasz koniec. Nie jesteśmy produktem służącym do wypromowania. Mamy swoich wiernych fanów, którzy chodzą na nasze koncerty. To świadczy o tym, że ludzie mają dosyć popu, papki muzycznej, wyłączają radia, telewizory i chcą nas słuchać.
Powstaliście na gruncie „miejskiego brudu” z beznadziei blokowisk i szarych ulic. W swoich tekstach piszesz o tych, którzy na tym tle nie widzą dla siebie perspektyw na lepsze życie.
Jestem wrażliwy na to, co się dzieje dookoła mnie. W Łodzi, jak i w wielu innych miastach w Polsce mieszka wielu ludzi „bez szans”, którzy nie wiedzą, co robić ze swoim wolnym czasem. Stąd w piosenkach relacje beton – kosmos, miasto – Bóg.
Tytuł jednego z utworów na Waszej płycie brzmi „Nie wierzę skurwysynom”...
Chcemy być z daleka od spraw politycznych, gospodarczych, ale trudno nam było nie reagować na natłok doniesień o korupcji, bandytyzmie w najwyższych kręgach władzy. Tak jak inni mam w domu telewizor i czuję potrzebę, by ustosunkować się do tego, co widzę. Może też dlatego, że byłem harcerzem i wpajano mi różne wartości, brałem udział w happeningach, gdzie mogłem się wykrzyczeć, buntować przeciw złu.
Rozmawiał Arcybiskup