
Obejrzyj | 2010-03-09 11:48:39
Poprzedzona wielką reklamą, nowa „Alicja” nie rozczarowuje. Takiej „Alicji w Krainie Czarów” nie znacie. Jest mroczniejsza, intrygująca i z innego świata niż ta książkowa. Ze świata Tima Burtona. Przede wszystkim nie jest już małą dziewczynką, a 19 letnia kobietą, która zdążyła zapomnieć o tym, co działo się wcześniej. Nie wierzy w Białego Królika, nie myśli o Kapeluszniku, a „kier” to tylko karta. Gdy, zaręczona, znów spotyka Królika, biegnie za nim i nieoczekiwanie powraca do krainy, w której rządzi Królowa Kier, a zniewolenie jest normą: „skrócić o głowę” nie jest czczą pogróżką lecz prawdziwą groźbą. Co jest na końcu tej drogi, nie wie nikt, nawet sama Alicja.
Alicja jako ikona współczesnej popkultury została już wystarczająco wyeksploatowana. Ale nikt nie zapytał się, co byłoby, gdyby bohaterka wróciła do Krainy Czarów? Gdyby jej sen nie był fantazją...? I to pytanie zadaje właśnie Tim Burton. I konsekwentnie odpowiada, wszystkie elementy układanki mają tu swój sens i z każdą minutą coraz lepiej rozumiemy analogie miedzy światem wyimaginowanym, a rzeczywistym. Ten czarodziejski zaskakuje i daleki jest od naszych wyobrażeń. Wszystko jest zniekształcone, naznaczone okrucieństwem Królowej Kier i niepokoi jak płonące wiatraki... Burton to w końcu autor „Sweeney’a Todda: Demonicznego golibrody z Fleet Street”.
Porywająca plastycznie, nowy film o Alicji - niezwykle sugestywny dzięki technice 3D – jest nie tylko świetną rozrywką. To także przewrotna opowieść o naszych wyborach: decyzjach i konsekwencjach. A przecież wszyscy musimy wybierać.
Max Kwiatkowski
Alicja w Krainie Czarów. reż. Tim Burton. USA 2010
Obejrzyj | 2010-02-19 13:52:07
Hieronim Sokulski: (więcej na www.mooschka.com/trendsetting)
Czasem wizyta w teatrze bardziej wyprowadza mnie z równowagi niż relaksuje. Tym razem dałem się wyprowadzić z równowagi Krystianowi Lupie. Widz na spektaklu „Persona. Ciało Simone” czuje się jak w trójwymiarowej rzeczywistości – coś się dzieje na scenie, coś na zainstalowanym nad nią ekranie, pracownicy techniczni co rusz się komunikują ponad naszymi głowami (zabieg celowy), a reżyser głośno pochrząkuje i doskonale bawi się na tylnym siedzeniu. Czy aby tego wszystkiego nie za dużo? Czy nie nazbyt wiele – spektakl ma duży, filozoficzno-mistyczny „ciężar gatunkowy” - żądają od nas współcześni artyści? Czy musimy wychodzić z teatru wycieńczeni i z boląca głową? Może, jak Grotowski w ostatnich latach życia, Lupa powinien robić już przedstawienia tylko dla samego siebie?
Jacek M., naczelny tej rubryki :-)
Krystian Lupa od lat robi teatr dla „wybranych” i ma zaciekłych wrogów swoje sztuki. Trudny, długi (cztery godziny) kontemplacyjny spektakl o Bogu i jego braku, jest faktycznie dla „bardzo wybranych”. Nie dość, że zainspirowany jest mistycznymi tekstami Simone Weil, gorąco wierzącej i kontrowersyjnej w swej wierze anorektyczki, to jeszcze rozgrywa się w kilku innych planach. Jest więc aktorka, która ma grać Simone (świetna Małgorzata Braunek), ale jej nie rozumie. Jest grupa pogubionych w życiu degeneratów, także po swojemu szukających Boga, czyli Sensu. Jest wreszcie sama Simone, pojawiająca się jako duch (Joanna Szczepkowska) – na ekranie i na scenie... Malarskie obrazy, cedzone słowa, długie momenty ciszy i... mistrz Lupa, zawsze obecny na swych przedstawieniach, reagujący żywo na to, co sam stworzył, zdystansowany, by poprawiać, ulepszać, domyślać szczegóły. wchodzący w interakcje z aktorami i technikami, zmieniającymi elementy scenografii. Tak, to ma prowokować, nie jest dla relaksu... I, sądząc po wypowiedzi Szymona, może jednak zbyt ironicznej, Lupa osiąga swój cel!
Persona. Ciało Simone. Reż. Krystian Lupa, Teatr Dramatyczny Warszawa
Posłuchaj | 2010-02-17 08:40:05
Na ten album czekaliśmy dziesięć lat. My, czyli wszyscy, którzy od ćwierćwiecza są pod magicznym urokiem jej głosu, charakterystycznego śpiewu - nie śpiewu, i natychmiast rozpoznawalnych autorskich ballad: smutnawych i nostalgicznych nawet wtedy, gdy weselsze. Sade Adu, pół Nigeryjka, pół Angielka, nigdy się nie spieszyła, a jej wielka kariera właściwie robiła się sama. 55 milionów sprzedanych płyt mówi za siebie...
Nowy album i wciąga, i rozczarowuje. Tytułowa, mocno rytmiczna ballada „Soldier of Love”, przyprawiona świetnym, ostrzejszym sosem, zapowiada najlepszą Sade. Niestety, większość piosenek nie trzyma tej klasy: „sadowe” melodyjki zostały utopione w kiczu aranżacji, są przesłodzone i w dodatku każda z innej bajki. Jest za lekko, za ciepło, za przyjemnie. „Baby Father” z dziecięcym chórkiem mógłby się znaleźć na płycie Michaela Jacksona, „Be That Easy” brzmi jak dancingowy szlagier, a „Bring Me Home” trąci... country. Na szczęście są jeszcze „The Moon And The Sky” i przepiękna, rozkołysana ballada jak z Cohena „In Another Time”, z solówką skrzypiec. To jednak trochę mało...
Największym przebojem Sade wciąż więc pozostaje „Smooth Operator”. Najlepszą artystycznie płytą - „Promise”, najbardziej jednorodną – wspaniała „Love Delux”. Ale zagadka Sade nadal nie jest rozwiązana. Bo jak to możliwe, że mimo krytycznych słów, nie mogę przestać słuchać jej najnowszego albumu?
Sade, „Soldier of Love”, Sony 2010
Obejrzyj | 2010-01-28 11:50:48
1. Przekonacie się, że nagonka krytyków na nowy film Roba Marshalla (Chicago) jest zbiorowym atakiem złośliwych korników na całkiem efektowne drzewo :-)
2. Jeśli znacie pierwowzór Felliniego, czyli „Osiem i pół”, natychmiast zrozumiecie, że jest tak, jakby porównywać szampana z coca-colą. Fellini jest cudownie ironiczny i ma drugie, trzecie, a nawet czwarte dno. „Nine” to wyłącznie przednia zabawa, słodka jak coca-cola light i o nic więcej nie chodziło.
3. Nigdy nie zapomnicie Judy Dench jako gwiazdy kabaretu, ciągnącej za sobą kilometrowe boa w songu „Follies Bergere”, jakby całe życie spędziła na schodach music-hallu.
4. Nie uwierzycie w wieczną młodość Sophii Loren (ani nikogo innego): fotografowana chyba przez jakieś pończochy, wygląda niczym właśnie wykopana Nefretete. Ale te kadry przejdą do legendy!
5. Zachwycicie się boskim image’m Nicole Kidman i zobaczycie, co to znaczy stroić prawdziwie gwiazdorskie fochy, nie mając głosu do śpiewania. Lecz Marilyn Monroe też go nie miała...
6. Zdziwicie się, że Marion Cottillard, zdobywczyni Oscara za rolę pokurczonej, brzydkiej Edith Piaf, jest tak piękną kobietą o niebywałym sex-appealu.
7. Brak psychologii, w musicalu zbędnej, zrekompensuje wam kapitalna stylizacja na lata sześćdziesiąte skrzyżowana z roztańczonym Broadwayem, zapierającym dech jak nogi Penelope Cruz, rozwierane szerzej niż paszcza głodnego wieloryba.
8. Wszyscy zachcecie choćby przez chwilę być gorącym Italiańcem, gdy pop-artystka Fergie fantastycznie wyryczy największy hit filmu: „Be Italian!”
9. Czegóż chcieć więcej na te upiorne, syberyjskie mrozy?
NINE. Reż. Rob Marshall. USA 2009
Obejrzyj | 2010-01-18 13:51:26
Jak właśnie doniesiono, "Avatar" zarobił od premiery ponad miliard 400 milionów dolarów, więc niebawem może zostać najbardziej kasowym filmem wszech czasów. I rzeczywiście, film Camerona zawiera wszystko, co potrzebne było do osiągnięcia sukcesu. Ma epicką fabułę o żołnierzu, który na obcej planecie inwigiluje tubylczy lud Na'Vi, ale potem, pod wpływem miłości do córki wodza plemienia, zmienia swoje postępowanie. I pełen jest efektów specjalnych zapierających dech w piersiach. W niesamowitych plenerach - „pływające” w powietrzu wyspy, gigantyczne wodospady jak poczwórna Niagara :-) - oglądamy futurystyczne stwory, walczące o przetrwanie i tubylców o żółtych oczach, z ogonami.
Oglądany w technice trójwymiarowej, film wbija w fotel, ale tylko dzięki efektom. Prościutka fabuła zaciekawi może dwunastolatków. Jest ten zły generał, jest ta dobra Pani, która rozumie, że inwazja ludzi nie przyniesie niczego dobrego, jest główny bohater, który zmienia się pod wpływem miłości. Wszystko takie przewidywalne! Widz wie, kto kiedy umrze, czy umrze, jak się potoczy historia. Brakuje elementu zaskoczenia.
Cała rzecz dzieje się na planecie o wiele mówiącej nazwie Pandora. Ziemianie, przypuszczając na nią atak, wyzwolili w tubylcach siłę, której nie potrafili okiełznać. Po otwarciu mitologicznej puszki Pandory na świat wydostało się Zło. U Camerona, po przybyciu ludzi, szczęśliwa planeta z oazy spokoju zmieniła się w miejsce bezwzględnej walki o chęć zysku, a potem o prawo do wolności. Ładnie brzmi, prawda? Ale wszystko jest tylko oprawą i pretekstem do niezwykłego show współczesnej techniki.
Artur Kwiatkowski
AVATAR, reż. James Cameron, USA 2009
Obejrzyj | 2010-01-13 08:54:28
Zbigniew Libera uważany jest za jednego z naszych najwybitniejszych artystów. Dlaczego? Na to pytanie odpowiada wielka retrospektywa jego prac, którą można oglądać w „Zachęcie”. I każdemu z nas udzieli innej odpowiedzi. Czy ustawienie w gablocie kilkudziesięciu pudełeczek, takich jak na lekarstwa, z napisem „placebo” to już sztuka? Nie! – powie ktoś i wzruszając ramionami pójdzie dalej, szukając rzeźb, czy obrazów. Tak! – zakrzyknie entuzjasta, zastanawiając się, ile to w życiu połknął tabletek, o których nie ma pojęcia, czy faktycznie na coś pomogły. Sztuka, nie sztuka... ale to, co prezentuje nam Libera, każe myśleć.
Co oznacza jedno z najsłynniejszych dzieł artysty: zbudowany z klocków lego obóz koncentracyjny, zapakowany jak zabawka dla dzieci pod choinkę? Że nigdy nie pozbędziemy się bagażu historii, czy że wszystko się dramatycznie skomercjalizowało? Chodzimy od eksponatu do eksponatu, rozmawiając z samymi sobą - a potem z innymi - tak, jak nie rozmawiamy w domu, czy w kawiarni. Tu, w „Zachęcie”, mamy komfort: mamy na to czas. Na jednej ze ścian wiszą wielkie, kolorowe fotogramy. To także prowokacja. Jedno ze zdjęć pokazuje biegnącą po drodze gołą dziewczynę. Jeśli niewiele wiecie, zobaczycie tylko gołą dziewczynę na drodze. Jeżeli znacie słynne zdjęcie nagiej Wietnamki, podpalonej napalmem przez Amerykanów w strasznej wietnamskiej wojnie i uciekającej drogą, zobaczycie właśnie ją... Bo tyle zobaczysz, ile wiesz. Tyle poczujesz, ile jesteś świadomy. Idźcie i dajcie się złapać w sieć znaczeń i skojarzeń. Dajcie się sprowokować.
Zbigniew Libera. Retrospektywa prac 1982 – 2008. Zachęta. Do 7 lutego 2010
Obejrzyj | 2009-12-08 10:29:59
Główna nagroda Festiwalu w Cannes i sześć gwiazdek (maksimum) w „Gazecie Wyborczej” to wystarczający powód, by skusić każdego miłośnika dobrego kina. Ale uważajcie: Haneke, reżyser „Pianistki” i „Ukrytego”, wystawia nas na ciężką próbę. Film jest czarno-biały, rytm ma powolny, sceny zatrzymują się, kulminacje nie są podkreślone muzyką. Mało tego: zachowania bohaterów bywają niejasne, podobnie jak rozwiązanie zagadki.
Film opowiada, a właściwie „wchodzi” w życie mieszkańców pewnej niemieckiej wsi tuż przed I wojna światową. Są wśród nich: pastor-hipokryta, lekarz-pedofil i egoistyczny właściciel dworu... Kobiety też są, lecz w obliczu męskiej władzy nie mają nic do powiedzenia. Wszyscy mają dzieci, karane okrutnie za najmniejsze przewinienie i wychowywane w poczuciu nieustannej, Boskiej kary za grzechy. Te dzieci podniosą bunt – cichy, bo nie mogą przeciwstawić się dorosłym twarzą w twarz, i straszny w swych konsekwencjach.
„Biała wstążka” - irytująca i fascynująca jednocześnie - sugestywnie ostrzega przed Złem, które drzemie w każdym z nas i zwraca uwagę, jak wychowanie kształtuje nowe pokolenia. My ostrzegamy przed czym innym - „przeciętny” widz, karmiony serialami i filmami akcji, ucieknie z kina po kwadransie. Być może nie da sobie szansy, by spróbować cokolwiek zrozumieć, przemyśleć, zatrzymać się. A wy?
Biała wstążka. Reż. Michael Haneke, 2009
Posłuchaj | 2009-11-17 15:35:14
„Nie, bo tu nie ma nieba, jest prześwit między wieżowcami...." – śpiewa „Happysad”. Nie znacie? To znaczy, że słuchacie tylko komercyjnych stacji, gdzie piosenek tej grupy nie grają. Mimo to zespół, istniejący od 2001 roku, ma wierną, dużą publikę i na swym koncie płyty, które stały się hitami. Piosenki „Happysad”, choć postrzegane jako manifest młodego pokolenia, mówią o rzeczach najważniejszych: o prawie do miłości, czy do wolności, i pokazują naszą rzeczywistość w krzywym zwierciadle („Bakteryja”). Gatunkowo to tzw. alternatywny rock, choć wcale nie sieje strasznej anarchii.
Nowa płyta - „Mów mi dobrze” – nie jest tak melancholijna jak „Nieprzygoda” i bardziej różnorodna. Energetyczna „Pętla” sąsiaduje z balladą „Pani K.”, a „W piwnicy u dziadka” w stylu country (!) z lekko buntowniczą „Nie ma nieba”. Niezłe teksty, wchodząca do głowy muzyka i inteligentne żonglowanie konwencjami sprawiają, że warto posłuchać i to nie raz. Miłośnicy formacji z pogranicza „alternatywy” i rock-punku by może zarzucą płycie wtórność, schematyczność, „ściągnięcie” pewnych pomysłów od grup w rodzaju „Pidżamy Porno”. Dlatego trzeba posłuchać samemu. Wtedy będziecie mieli własne zdanie. Bo moje aż tak ważne nie jest :-)
Artur Kwiatkowski
Happysad: Mów mi dobrze. 2009
Obejrzyj | 2009-11-05 12:06:56
Minęły czasy, gdy pójście do opery oznaczało „obciach”, przeznaczony dla maminsynków, zapiekłych konserwatystów i ludzi o złym guście. Mariusz Treliński czy Krzysztof Warlikowski pokazali, że współczesna opera może być świetnym teatrem pełna gębą. Nowy sezon w naszej Operze Narodowej zapowiada się naprawdę ciekawie.
Na pierwszy ogień poszedł „Borys Godunow”, słynna opera z rosyjskiej klasyki. Zamiast cara - jest współczesny dyktator w wojskowej czapce. Zamiast karczmy, w której zawiązuje się intryga – bar z panienkami za pieniądze. Zamiast pałacowej komnaty, w której syn Borysa uczy się mapy Rosji – mamy plażę i morze, i dziecko, rysujące mapę na piasku. I wreszcie zamiast narady carskich bojarów – telewizyjny talk show, coś w rodzaju programu Tomasza Lisa. Ale najważniejsze, że piękne plastycznie obrazy układają się w całość z sensem i naprawdę poruszają. Mordercy, terroryści i polityczni matacze byli w dawnej carskiej Rosji i są na świecie dziś.
Reżyser Mariusz Treliński ma od dawna wielkie grono wielbicieli i, nie mniejsze, wrogów jego pomysłów. Po „Borysie Godunowie” przybyło zapewne jednych i drugich. No i dobrze. To znaczy, że się coś dzieje. Pójdźcie, zobaczcie i nie martwcie się, jeśli czegoś nie zrozumiecie. W teatrze Trelińskiego warto być nawet za cenę zdezorientowania.
Borys Godunow, reż. M. Treliński, Opera Narodowa w Warszawie, 2009
Obejrzyj | 2009-11-04 13:49:45
Tytuł może niefortunny, bo nie do końca oddaje klimat filmu Guillermo Arrigi (autor scenariuszy do „Amores Perros” i „21 gramów”), ale może na tzw. polskie, czytaj niskie, potrzeby wystarczy. Dystrybutorzy wiedzą, że aby produkt sprzedać, trzeba go jakoś przyswajalnie dla pop-publiki nazwać i przyodziać. Na ulotce reklamującej film znajdziecie więc absurdalną zapowiedź, że film jest w duchu powieści Paolo Coehlo (??!!), mimo że nic wspólnego z grafomańską aurą tego wielkiego pisarza nie ma.
„Granice miłości” to przede wszystkim ciekawa historia opowiedziana nielinearnie i niechronologicznie oraz dwie genialne aktorki z Oscarami na koncie - Kim Basinger („Tajemnice Los Angeles”, „Moja macocha jest kosmitką”) i Charlize Theron („Monster”). W pierwszych scenach nie do końca wiadomo, co łączy obie bohaterki, ale z czasem dowiadujemy się coraz więcej i możemy stopniowo scalać wątki. Sylvia (Theron) pracuje jako menadżerka ekskluzywnej restauracji, a w wolnych chwilach… sypia z różnymi mężczyznami. Gina (Basinger) wiedzie na pozór spokojne życie rodzinne, co i rusz wymakając się z domu na schadzki ze swoim kochankiem.
Życie rodzinne Giny jest nieudane - mąż oziębły, a dzieci roszczeniowe. Dlaczego wrażliwa i inteligentna kobieta miałaby czuć się szczęśliwa w tej pseudosielskiej atmosferze z garami, obiadkami i odkurzaczem w tle? Sylvia w desperacki sposób szuka prawdziwych uczuć i zdrowej relacji po tragicznych wydarzeniach z przeszłości. Co je łączy? Tego dowiecie się z filmu, bo więcej nie będziemy zdradzać.
Angielski tytuł obrazu Arrigi to „Burning plain” (płonąca równina) i jest to wprost odniesienie do tajemniczego zdarzenia w filmie - spalenia przyczepy na polu. Ta płonąca równina to przede wszystkim metafora stylu życia głównych bohaterek na prowincji, gdzie toczy się akcja. Obie wydawałoby się wiodą poczciwe, zwykłe i normalne życie. Im więcej się jednak o nich dowiadujemy, tym bardziej się przekonujemy, że w ich duszy płonie ogień uczuć, pożądania i emocji, który skrywany jest dla świata zewnętrznego.
sz.ch.
Granice miłości, Guillermo Arriga, 2008
![]() | Pan Melchior chyba sobie zaprzecza w recenzji Lupy, bo pisze, że Lupa wchodzi w swój teatralny świat, a jednocześnie jest rzekomo ZDYSTANSOWANY. Wlasnie nie jest zdystansowany i na tym polega jego wielkosc i niedorzecznosc jednoczesnie | 2010-02-20 13:03:29 |
| Dodane przez: 1uwazna@op.pl | ||
![]() | słuchałam jej najnowszej płyty. kocham ją, zwłaszcza "morning bird", wzruszajaca i gleboka muzyka, zawsze bede wierna Sade... tyle wspomnien... | 2010-02-18 19:40:27 |
| Dodane przez: eugenie@poland.com | ||
![]() | znam te plytke o ktorej piszecie. baaardzo polecam wszystkim ktorzy sa troszke ambitni i wymagajacy | 2009-11-26 15:58:21 |
| Dodane przez: mikos0@go2.pl | ||
![]() | Get up out of seat Come on up to the dance floor I got something so sweet Come on uo to the front door I need plenty of heat Form a special connection just start moving Your feet Move on over to me | 2009-08-20 11:40:25 |
| Dodane przez: 145.237.82.195 | ||
![]() | Bruno jest super. w porownaniu z innymi filmami teraz w kinach Bruno jest debesciarski, a ci ktorzy nie rozumieja niech spojrza w lustro i sprawdza czy wszystko z nimi ok | 2009-08-10 08:47:38 |
| Dodane przez: iza.baj@op.pl | ||
![]() | nie lubie slowa "frapujacy" :) a Panu Melchiorowi zazdroszcze dobrego samopoczucia | 2009-06-30 15:43:14 |
| Dodane przez: dd5@tlen.pl | ||
![]() | Proszę Państwa 4 czerwca skończył się w Polsce ko...katolicyzm.Nasza Polska jest WOLNA. To zdanie chyba wszyscy znają. | 2009-06-04 19:22:31 |
| Dodane przez: ataciom@tlen.pl | ||
![]() | tatarak... zgadzam się niestety z tą opinią. przesadzili. polecam za to Wojnę polsko-ruską! | 2009-05-28 08:36:14 |
| Dodane przez: karol24k@yahoo.com | ||
![]() | Filmy Allena są cudne. Wszystkie. Vicky Christina bardzo mi się podobała ... piszcie o nim wiecej | 2009-04-29 09:59:11 |
| Dodane przez: m.alexandra@gazeta.pl | ||
![]() | plytke diany krall znam i nawet mi sie podoba. z okazji swiat zycze redakcji mojej ulubionej strony wesolych swiat. jestem wierna czytelniczka p. Melchiora i p. Cala-Lesiny | 2009-04-10 08:28:41 |
| Dodane przez: aaash@gmail.com | ||